Sezonówki część 3: Polowanie na krokusy w Dolinie Chochołowskiej

[Sezonówki – W Polsce, tak samo jak na świecie, jest wiele różnorodnych miejsc. Jedne z nich można oglądać cały rok i w każdej porze roku oraz o każdej porze dnia wyglądają tak samo niesamowicie. Jednakże istnieją miejsca, które swoje piękno odkrywają tylko w pewnym okresie. Pamiętacie film o nieznośnym chłopcu Dennisie, którego mama musiała wyjechać w interesach i zostawiła go pod opieką sąsiada-zgreda. Rodzące się między nimi emocje i rozwój akcji tworzy interesującą fabułę dla całej rodziny. Jednak w tym miejscu chciałabym przypomnieć, iż największym sekretem i jednocześnie największym szczęściem, czymś czemu ów sąsiad podporządkowuje swoje funkcjonowanie jest pewien kwiat. Kwiat jest niesamowity ponieważ rozkwita tylko raz na x lat. I tylko na kilka sekund. Wtedy ukazuje swoją dojrzałość. Takie miejsca Lemur nazwał sezonówkami i co jakiś czas zabierze Was w podróż, by pokazać ich piękno.]

Przyznają się bez bicia! Uległam krokusowej manii! I zaraziłam nią całą rodzinę, zmuszając ich do wyczekiwania od miesięcy na dany sygnał. Bo przecież natura to natura i nie można jej przewidzieć w 100%. Stąd też data krokusowej wyprawy była nieznana do ostatnich chwil. No dobra mniej więcej były pewne przeczucia. Na krokusy najbardziej chciałam jechać w tygodniu – żeby uniknąć tłoku, ale zgranie 3 pracujących osób i jednej studiującej nie jest łatwe, dlatego ostatecznie wypalił weekend. W tym roku zgrały się dwa elementy: „Weekend Polska za pół ceny” i krokusowy bum w Dolinie Chochołowskiej. Ponieważ wyjazd w Tatry, a w zasadzie wyjazd w każde góry jest zawsze genialnym pomysłem, to spakowaliśmy się i w drogę. No dobra nie było tak różowo – dałam znać o 15, że o 24 wyjeżdżamy na krokusy. Na początku pomyślałam, że może byśmy wyjechali około 5-tej, ale przytomnie Tata uznał, że to zdecydowanie za późno. Wyjechaliśmy 24:11, na miejscu, tj. na parkingu „przed szlabanem” (cena 10 zł) byliśmy chwilę po 5:30. Szybkie przebranie się w odpowiednie ubrania (górskie buty, spodnie, polar, obowiązkowa kurtka, czapka i rękawiczki) – bez tego chybabym zamarzła. Już o tej godzinie parking nie był pusty, byliśmy chyba 10 lub 15 samochodem. Część z nich stała już zaparowana, znak, że ich właściciele wyszli już jakiś czas temu, a następne cały czas przybywały.

2a
Tuż przed szóstą rano słońce jeszcze nie wstało, dopiero ledwo wyłaniało się za gór, które były za naszymi plecami więc śmiałam się, że niesiemy krokusom światłość. Pierwsze krokusy zaczynają się pojawiać już tuż za sławnym szlabanem (wejście do TPN 5 zł normalny, 2,50 zł ulgowy). W zasadzie krokusy rosną wszędzie, również na parkingach – tych stworzonych z łąk, jednak na naszym było błoto, a nie krokusy. O tak wczesnej godzinie ludzi nie było zbyt dużo, chociaż z każdą minutą przybywali nowi. Stroje i ekwipunek tych porannych wędrowców był w zasadzie górski (dopasowany do warunków geograficznych i pogodowych) – mieli górskie buty, niektórzy mieli kijki, część miało nawet raki i czekany. Większość miała kurtki przeciwdeszczowe, czapki i rękawiczki. Wszyscy natomiast mieli aparaty.
3a
Dolina Chochołowska, jak całe Tatry, jest po prostu przepiękna, a bez tłumu ludzi, wśród wręcz ogłuszającego śpiewu ptaków oraz przy wschodzie słońca wygląda obłędnie. Na główną atrakcję, czyli Polanę Chochołowską dotarliśmy tuż po ósmej, krokusy jeszcze spały, były zamknięte, a dookoła nich skrzył się nocny szron. Do schroniska dojść można dwoma drogami – dołem, koło drewnianych chatek oraz górą koło kaplicy. Poszliśmy górą, gdyż tam są ławki, na których można usiąść, odwrócić twarz do słońca i po prostu napawać się tą chwilą. Powoli, wraz ze wschodem słońca, krokusy zaczynały się otwierać, ukazując swoje fioletowe piękno. Na tę chwilę warto było czekać i trochę się pomęczyć (2 godziny marszu dosyć łagodnym, zielonym, szlakiem). Był to naprawdę niezwykły spektakl, w niezwykłych okolicznościach przyrody – na dole fioletowe krokusy, na górze ośnieżone szczyty i wschodzące słońce.
4a
Jednakże było trochę zimno, więc udaliśmy się do schroniska na herbatę i coś pysznego. O ósmej rano nie podają jeszcze pomidorowej, ale za to zjedliśmy jajecznicę i „przysmak z Chochołowskiej”, czyli szarlotkę z bitą śmietaną i sosem jagodowym. Dużo cukru z samego rana robi „dobrze”;). Wyglądało przepięknie, ale okazało się wielkim rozczarowaniem – gdyż zarówno szarlotka, jak i sos były zimne. Sytuację uratowała na szczęście gorąca herbata w szklance z cytryną i późniejsze, domowe, kanapki. Kiedy my rozkoszowaliśmy się jedzeniem i widokami, na parkingach i szlakach zaczynało robić się coraz tłoczniej. Szczerze mówiąc bardzo żałuję, że nie udało nam się pójść na dłuższą wycieczkę, w góry. Pogoda była przepiękna. Na szczytach jednak wciąż leżał śnieg, stąd 2 stopień zagrożenia lawinowego, a my nie byliśmy odpowiednio przygotowani – ani sprzętu, ani kondycji. Ostatni rzut oka na Dolinę, łyk herbaty z termosu i trzeba było wracać.

7a

Gdy my zaczęliśmy wracać, dziki tłum napierał coraz bardziej. Wiedziałam, że tak będzie. I są sytuację, w których lubię gdy jest dużo ludzi – na przykład na zakupach w supermarkecie przed Świętami Bożego Narodzenia – ten obłęd w oczach! Ale muszę przyznać, że to mnie przerosło. Ilość tych ludzi – ponoć było ich 25 tysięcy, a w cały weekend aż 67 tys.! Szczerze mówiąc, myślę, że jest to chyba niemożliwe… Ta polana nie jest aż tak duża, schronisko też nie… W każdym razie jakoś udało nam się dostać do samochodu – i tu pojawił się kolejny problem związany z „dzikim tłumem”. Otóż nasz parking był pierwszy od strony budki, co oznacza, że ostatni do wyjazdu. Nie, nie chodzi o to, że staliśmy w korku samochodów, ale o to, że ludzie stali w kolejce do kasy. A jak to ludzie w kolejce – stali w rzędach po 8 osób zajmując całą szerokość drogi i mając generalnie głęboko w poważaniu to, że my chcemy wyjechać. Oni tu stoją i nawet o milimetr się nie przesuną, a jak ich „uderzymy” czy cokolwiek się odezwiemy wezmą i nas zlinczują. Mieli to wypisane w oczach.
Na szczęście cało dotarliśmy do Zakopanego, zaparkowaliśmy na kolejnym parkingu – bez problemu znaleźliśmy miejsce – poszliśmy na Krupówki i tu kolejne zaskoczenie – pustki! Można swobodnie przejść, w knajpkach i restauracjach pustki, straganów prawie brak (ale to akurat może być spowodowane tym, iż Krupówki zostały parkiem kulturowym). Zwiedziliśmy oczywiście całą ulicę wzdłuż i wszerz, zatrzymując się przy każdej prawie budce z oscypkami lub oscypkopodobnymi wyrobami, dotarliśmy aż pod Gubałówkę, a następnie udaliśmy się na obiad – były pstrągi w mojej ulubionej restauracji w Zakopanem (Górski Pstrąg). Na koniec, już wracając do domu, zrobiliśmy jeszcze przystanek w basenach termalnych w Białce Tatrzańskiej. Zdecydowanie bardziej polecam Białkę, niż Bukowinę. Dlaczego Białka? Bo jest cieplejsza woda, większa strefa rekreacyjna i porównywalna strefa zabawy. A przy okazji, co za widoki! Człowiek wyleguje się na dworze (ewentualnie „polu”) w ciepłej wodzie, masują go bąbelki i może oglądać ośnieżone szczyty samiuśkich Tater. Dla mnie to idealne zwieńczenie dnia. Droga do domu nie była już tak łatwa i przyjemna, jak w drugą stronę. Wpadliśmy w korki w Myślenicach, a na zwężeniu przed Kielcami był wypadek. Ostatecznie do domu wróciliśmy o 23:38, czyli cała wycieczka potrwała niecałe 24 godziny. Było trochę męcząco, ale na pewno warto! Krokusową wyprawę, może nie tak ekstremalną, jak nasza, polecam każdemu! Pamiętajcie tylko o „kodeksie miłośnika krokusów” nie tylko na terenie Parku, ale też w innych miejscach.

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi, własne spostrzeżenia lub dodatkowe pytania? Jeśli tak, to proszę zostaw komentarz pod tym postem lub napisz do mnie wiadomość! To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a i Instagrama (nick: Lemur Podróżnik!)
Please follow and like us:
error
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
error

Spodobał Ci się Lememurowy Blog? Podziel się nim ze światem!