Tata Lemura łazi po Sokołowsku i głowę ma w chmurach

Nie jechaliśmy prędko ani długo. Mimo to po przyjeździe do Sokołowska wydawało nam się, że odbyliśmy daleką podróż odrzutowcem. Znaleźliśmy się bowiem w innej rzeczywistości, w której czas jakby nagle wyhamował i spowolnił do tempa co najmniej z poprzedniego stulecia, a być może jeszcze bardziej. Przywitała nas cisza i spokój, a nawet lekki bezruch. Już na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się odmienne. Choć raczej zgodne z tym, co nam na ogół przychodzi do głowy, gdy myślimy o sanatorium. To przesada, ale tym żywi się wyobraźnia, a dla tej ostatniej się podróżuje. Przynajmniej niektórzy robią to z tego powodu. Dlatego czasem pozwalamy sobie zobaczyć miejsca, które zwiedzamy, bardziej wyobraźnią, niż czymkolwiek innym. Tak było i tym razem. I taki jest ten tekst – nie gniewajcie się za to na Tatę Lemura.

Było spokojnie, cicho. Panowała atmosfera jak w parku miejskim przed południem w dzień roboczy. Ludzi mało, prawie nikogo, z wyjątkiem kilku wędkarzy, mocno wrosłych w krajobraz i nielicznych osób spacerujących lub biegających dla kaprysu albo potrzeb zdrowotnych. Z tą różnicą, że te kilka osób, które udało nam się spotkać w Sokołowsku, nie było wędkarzami ani tym bardziej biegaczami. Poza budowlańcami, byli to ludzie przypadkowi, trudni do opisania, zwyczajni, wymykający się łatwym i kategoryzującym opisom. Łączyła ich jedna cecha. Wyglądali, jakby trapiła ich jakaś wyjątkowo tajemnicza choroba, przejawiająca się powszechnym brakiem umiarkowania w powolności.

Poczekalnia: Kieślowski

Zatrzymaliśmy się prawie na początku miejscowości. Zaparkowaliśmy samochód przy dużym, szarym i nieco smutnym budynku, na którym wielkie drukowane litery układały się w biały napis: Biuro Usług Kuracjuszy. Po bliższych oględzinach informacja ta okazała się przestarzała. Mniejsza tabliczka, umieszczona na drzwiach rzekomego Biura Usług Kuracjuszy, informowała, że jest to mieszkanie prywatne. Może i lepiej, że sprawy przybrały taki obrót, bo schody prowadzące do tego budynku były zniszczone i ich pokonanie mogło wyczerpać i tak już przecież nadwątlone siły hipotetycznych kuracjuszy. Nie wspominając już o uszczerbku, jaki mogły poczynić w ich uzębieniu.

Niezniechęceni rozglądaliśmy się dalej, bo pierwsze wrażenia liczą się najbardziej. Od razu zrozumieliśmy, że ta miejscowość ma jednego bohatera. Był nim Krzysztof Kieślowski, obecny w Sokołowsku w wielu miejscach, chaotycznie ale często. Obecny dosłownie: na pamiątkowych tablicach, i w przenośni: w symbolicznych nawiązaniach do jego osoby.

Sławny reżyser z powodu kłopotów zdrowotnych mieszkał tu w okresie chłopięctwa w latach 1951-55. Dało to asumpt do utworzenia w Sokołowsku festiwalu filmowego Hommage a Kieślowski, archiwum jego twórczości filmowej oraz zogniskowało uwagę miejscowych (nie tylko artystów) na jego osobie. Kieślowski to ostatni ze sławnych kuracjuszy i może dlatego cieszy się tu taką estymą. Symbolicznie łączy przeszłą sanatoryjność z nowoczesną sztuką filmową, dając tym jakby promyczek nadziei na lepsze jutro.

Pokłoniliśmy się z szacunkiem pamięci sławnego reżysera, rozważając w pamięci niektóre sceny z jego filmów i próbując odnaleźć nawiązania do nich w oglądanych budynkach i ulicach. Refleksje te przerwała w sposób bezceremonialny i brutalny tablica ostrzegająca przed śmiercią lub co najmniej kalectwem, które mogło nas spotkać i dotknąć, gdybyśmy nieroztropnie zboczyli z trotuaru i wstąpili do mijanej ruiny. Postanowiliśmy jeszcze więcej niż zwykle rozglądać się wokół siebie, tak na wszelki wypadek. Szybko zauważyliśmy, że trwa tu pora remontowa. A prace budowlane są prowadzone tyleż permanentnie, co bezładnie oraz zgodnie z adekwatną do tego miejsca miarą czasu, czyli raczej nieśpiesznie.

Parter: Wieś i miasto w jednym

Sokołowsko posiada architekturę zarówno miejską, jak i wiejską. Bo w swojej historii było i miastem, i wsią. Niewykluczone a nawet prawdopodobne, że płynnie staje się raz jednym, to znów drugim; w przerwach i fluktuacjach będąc sanatorium dla suchotników, niekiedy centrum sportów zimowych i świątecznie miastem festiwalu filmowego. I tylko dlatego, że zmiany zachodzą z charakterystyczną dla tego miejsca powolnością, nie są dostrzegane i zakłada się status tego miejsca jako coś stałego i ostatecznego. Być może tak jest albo i nie. W każdym razie na ogół przyjmuje się, że aktualnie jest to wieś, choć wiele osób zgadza się z tym, że ta wieś wygląda na małe miasteczko.

Znajdują się tu dość duże i kilkukondygnacyjne budynki murowane, lecz również małe, parterowe chaty drewniane oraz domy i wille sanatoryjne i turystyczne. Niektóre z nich są odnowione, inne trwają w mniejszym lub większym zaniedbaniu i oczekują na lepsze czasy. Jedne sąsiadują bez pretensji z drugimi. Podobnie jak gmachy uzdrowiskowe niemal stykają się z drewnianymi chatami. Do tego rozpleniły się wszelkiego rodzaju przybudówki i prowizoryczne baraczki. Ewentualne zgrzyty estetyczne dość dobrze harmonizuje zielona architektura.

Spacerując po Sokołowsku, wciąż potykaliśmy się o dawność. Dawny był hotel Bergland (potem kino Zdrój), pensjonat Tannenberg, budynek Hauptamana, kawiarnia Zum Dreimadelhaus (po wojnie Apteka Sanatoryjna) – współcześnie w większości mieszkania prywatne. Dawne były kamienne rzeźby, pozostałości fontann, metalowe ozdobne balustrady mostków czy nawet ścieżki, które zarastały bardziej, niż były na nowo wydeptywane. Dawny był również zamknięty na cztery spusty lamus, desa i antykwariat w jednym. Pięknie odnowiony i pomalowany na mocno czerwony kolor wóz strażacki też był stary. Stał sobie okazale pod daszkiem jako eksponat przeszłości, która rządziła tu niepodzielnie.

Parter: Handel obwoźny i stacjonarny

Nim zdążyliśmy się nad tym zastanowić, pojawiło się nowe kuriozum: biała i nieduża furgonetka z warzywami na sprzedaż. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że prawdziwym towarem, który oferuje ten obwoźny handel są plotki, a nie warzywa. Choć, sądząc po tym, jak na nas patrzono, prawdopodobnie właśnie wtedy staliśmy się treścią jednej z nich.

Nie dociekaliśmy szczegółów i w rewanżu udaliśmy się do konkurencji, czyli wstąpiliśmy do stacjonarnego sklepu spożywczego. Panował w nim półmrok i przez pewną chwilę nasze oczy musiały się przyzwyczajać do skąpego oświetlenia. Gdy tego już dokonały, zauważyliśmy ekspedientkę. Była to starsza kobieta z przeciętną i typową dla swojego wieku powierzchownością. Przywitała nas bezceremonialnym: Co ma być? Nie złośliwym, ani zaczepnym, ani w żaden możliwy sposób świadomie przykrym, raczej obojętnym i znudzonym. Z zakłopotaniem rozglądnęliśmy się po niezbyt urozmaiconym asortymencie i nieco ze strachu a trochę z grzeczności kupiliśmy napój gazowany znanej marki i czmychnęliśmy czym prędzej.

Chyba znajdowaliśmy się w centrum, a na pewno w miejscu, gdzie obok ulicy Głównej równolegle do niej biegnie ulica Szkolna. Szliśmy na przemian jedną lub drugą i zastanawialiśmy, czy to miejsce ożywa kiedykolwiek, gdy ponownie minął nas obwoźny handel. Minął powoli, lecz z większym niż poprzednio zaufaniem, jakbyśmy przez tę chwilkę, która upłynęła od ostatniego naszego spotkania, stali się w jakimś stopniu bardziej znajomi, mniej podejrzani a przede wszystkim mniej interesujący. Być może, bo spowolniliśmy nasz marsz, próbując znaleźć klucz do logiki układu przestrzennego tej miejscowości, ponieważ czegoś wciąż nam brakowało. Wkrótce zdaliśmy sobie sprawę, że Sokołowsko posiada konstrukcję piętrową. A my na razie poruszaliśmy się wyłącznie poziomo, po parterze.

Piętro I: Zakład leczenia chorób płuc i park zdrojowy

Ruszyliśmy w górę, w stronę zakładu leczenia chorób płuc. Gdy wznosiliśmy się, z każdym krokiem uświadamialiśmy sobie, że to „wyższe” Sokołowsko jest jeszcze powolniejsze i spokojniejsze. Choć –  co było widać od razu –  tu również trwał remont. Zbliżała się pora obiadowa, bo na wysokości lecznicy poczuliśmy zapach potraw przyrządzanych na potrzeby szpitalnej stołówki. Była to w zasadzie jedyna oznaka prowadzonej tu działalności zdrowotnej. Chorych i rekonwalescentów nie udało się nam dostrzec.

Ładny budynek uzdrowiska był nadal przywracany do stanu świetności. Piętrzyły się przy nim rzędy plastykowych wiaderek po farbie i inne pojemniki po materiałach budowlanych. Robotnicy budowlani, skupieni w kilkuosobowym kręgu, niespiesznie palili papierosy. Na ich twarzach mogliśmy odczytać radosną beztroskę. Jak gdyby w tym miejscu nałóg palenia nikotyny był przynajmniej odrobinę mniej szkodliwy. Ostatecznie nie bez powodu to właśnie tu urządzono sanatorium dla cierpiących na choroby płuc.

Nieopodal rozpoczyna się park zdrojowy, w którym znajduje się m.in. Dom św. Elżbiety, leśne źródełko, kamienne rzeźby i alejki spacerowe.  Wędrowaliśmy nim z przyjemnością, może tylko nieco zakłopotani, że jesteśmy zdrowi, a chodzimy po ścieżkach wybudowanych dla leczących się tu dawniej gruźlików. Dawniej, bo współcześnie nie było tu prawie nikogo. W każdym razie spacer wpłynął na nas kojąco i zapewne zdrowotnie. Być może z braku rzeczywistych kuracjuszy to nam przypadła jego dobroczynna moc wyznaczona na ten dzień.

Piętro II: Cerkiew, młody pop i anioł

W wyżej położonej części parku zdrojowego, niemal na wierzchołku Sokołowska, niczym orlę gniazdo, stoi odnowiona prawosławna cerkiew pw. św. Michała Archanioła. Dotarliśmy do niej z pewną przypadkowo spotkaną panią. Cerkiew jest niewielkich rozmiarów, murowana, z czerwonej cegły, raczej kwadratowa niż okrągła – zupełnie inna niż te na Wschodzie, do których jesteśmy przyzwyczajeni. To nas odrobinę zdziwiło i zakłopotało.

Niedaleko świątyni spotkaliśmy młodego popa, któremu z jakichś, dość enigmatycznych powodów, nie przypadliśmy do gustu. Może dostrzegł tę naszą konsternację na widok cerkwi. Najpierw poinformował, że uchyla bramę wyłącznie dla aniołów, potem wpuścił kobietę, z którą przybyliśmy, a na końcu zatrząsnął ją przed naszymi nosami. Skonstatowaliśmy, że nigdy do końca nie można wiedzieć, z kim się spaceruje.

Strych: Góry Suche dla suchotników

Droga powrotna nie była wymagająca. Schodziliśmy w dół, swobodnie i koncentrując się na utrwalaniu obrazu kolejnych kondygnacji Sokołowska i sycąc się różnymi odmianami jego dawności. Przez przypadek w niczym niewyróżniających się krzakach podglądnęliśmy osoby wyglądające osobliwie; siedziały na szpulach po kablach, rozmawiały głośno w kilku językach i piły coś z termosów. Uczestnicy tej zawziętej, choć przyjacielskiej dyskusji, byli dziwnie ubrani i najwidoczniej szczęśliwi. Nie zwrócili na nas uwagi. A nam udało się podsłuchać tylko kilka słów, w których ktoś zauważał, że sanatorium dla suchotników urządzono w Sokołowsku, który położony jest w Górach Suchych. Niestety, puenta myśli już nam uciekła. Jednakże dla porządku i trochę z przymusu skierowaliśmy nasz wzrok ku górze i górom. Zarośniętym i tajemniczym powiernikom tutejszej historii i rozmów.

Gdy dotarliśmy do samochodu i już mieliśmy odjeżdżać, opanowało nas dziwne uczucie, przypominające nostalgię. Jeszcze nie wyjechaliśmy z Sokołowska, a już tęskniliśmy za tym miejscem, za wolniejszym i być może szczęśliwszym upływem czasu, jakiego tu doświadczyliśmy. Uznaliśmy (ten jeden raz), że nasza podróż ma zbyt prędkie tempo i że może dobrze od czasu do czasu utknąć w powszechnej powolności. Choćby po to, by napisać wspomnienia, a najlepiej memuary. Bo te spisują w Sokołowsku wszyscy, nawet jeśli są jeszcze niepełnoletni. Chyba.


Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Please follow and like us:
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial

Spodobał Ci się Lememurowy Blog? Podziel się nim ze światem!