Podsumowanie miesiąca: maj 2018

To był maj pachniała Saska Kępa… a w zasadzie to nie Saska Kępa lub nie tylko Saska Kępa. Mnie bez, zwany lilakiem, zaatakował niespodziewanie, gdy pewnego dnia wystawiałam wczesnym rankiem samochód z garażu. Zaspana poczułam najpierw ten mocny zapach, potem otworzyłam oczy szerzej i zobaczyłam go: całe krzaki fioletowe i białe. Do tego jeszcze kwitnąca, w tym roku wyjątkowo szybko, czereśnia i jej białe kwiaty. Uwielbiam wiosnę w ogrodzie i obserwowanie, jak wszystko budzi się do życia. Chociaż jakby się dało to wiosna powinna być dla mnie bezzapachowa – alergicy tak mają. W zasadzie maj, tak samo pięknie i wiosennie, jak się rozpoczął też się zakończył, tylko zamiast białych kwiatów czereśni były jej czerwone owoce.

Jeśli chodzi o podróże to tegoroczny maj rozpoczął się jedną z najdłuższych majówek, jakie mieliśmy w ostatnich latach. Nie wiem, jak wy, ale mnie się udało wygospodarować aż 10 dni na podróże! Dzięki temu udało się zawitać na Jurę Krakowsko – Częstochowską, a konkretnie do jej częstochowskiej części, odwiedziłam też województwo opolskie, a także Beskid Śląski. Byłam też na wiosennym redyku, czyli mieszaniu owiec w Koniakowie.

Na Jurze udało mi się zrobić całkiem sporą rundkę po Orlich Gniazdach. Zaczęliśmy od zamków w Rabsztynie i Bydlinie, następnie postój na lody i wizyta w Kluczach, a konkretnie na Pustyni Błędowskiej. Później kontynuowaliśmy rajd po zamkach: był Smoleń, Ogrodzieniec, Bobolice i Mirów. Na koniec wpadliśmy na chwilę na Pustynię Siedlecką i do sztolni pstrąga na obiadokolację. A na kompletne zakończenie dnia zwiedziliśmy Żarki. Mała miejscowość za to z kilkoma atrakcjami: m.in. kirkutem, dawną synagogą, Muzeum Dawnych Rzemiosł w Starym Młynie i zespołem zabytkowych stodół. O Żarkach jeszcze na pewno napiszę więcej.

Największym zamkiem w tej części Jury Krakowsko- Częstochowskiej jest niewątpliwie Ogrodzieniec w Podzamczu. Jest to zarazem najbardziej oblegany ze wszystkich zamków, po drugiej stronie Jury porównałabym go z zamkiem w Pieskowej Skale. Oczywiście jeśli chodzi o liczbę turystów, bo poza tym różnią się całkowicie. W Ogrodzieńcu możemy pochodzić po murach, zaś w Pieskowej Skale dostaniemy za duże, filcowe kapcie i będziemy podążać za przewodnikiem. W restauracji zamkowej w Pieskowej Skale zjemy raczej wykwintny obiad, a w Ogrodzieńcu kiełbasę z grilla przed zamkiem i naleśniki z serem w zamkowej karczmie. Oba są ciekawymi obiektami, jeśli jednak nie lubicie tłumów nie wybierajcie się tam w środku sezonu lub w najbardziej oblegane dni typu majówka czy czerwcowy weekend po Bożym Ciele. Poza tym Ogrodzieniec jest też najbardziej rozbudowanym kompleksem. Oprócz samego zamku możemy odwiedzić park miniatur, mini wesołe miasteczko i stragany z pamiątkami.

Kolejny dzień majówki też spędziliśmy wyjazdowo. Tym razem wybraliśmy się do województwa opolskiego na małą objazdówkę. Z Katowic wyruszyliśmy autostradą A4 w stronę Wrocławia. Po drodze było bardzo żółto. I to nie tylko od pięknego słońca, ale przede wszystkim od kwitnącego rzepaku.  Autostradę opuściliśmy na węźle Krapkowice i w zasadzie można by powiedzieć, że Krapkowice zdominowały ten dzień! Byliśmy tam 4 lub 5 razy. Najpierw cofając się przez Gogolin (tak – ten od Karolinki!) do Góry Świętej Anny. Obejrzeliśmy Sanktuarium, rezerwat geologiczny i amfiteatr, nad którym góruje Pomnik Czynu Powstańczego. Stamtąd, znów przez Gogolin i Krapkowice, udaliśmy się do Mosznej. Nie wiem co jest piękniejsze: park z rododendronami i innymi egzotycznymi roślinami czy zamek z 99 wieżyczkami i 365 pomieszczeniami. Dzień zakończyliśmy w Rogowie Opolskim i Kamieniu Śląskim, do których dotarliśmy przez…. Krapkowice. Również przez Krapkowice ostatecznie wróciliśmy do Katowic.

Robiąc sobie dzień przerwy w majówkowych wojażach postanowiliśmy odpocząć i poszwędać się po uliczkach i zaułkach Katowic. Do pomocy mieliśmy Nie mapę Katowice.  Szukaliśmy katowickich neonów, szliśmy szlakiem modernizmu, odpoczęliśmy na Mariackiej, na koniec udaliśmy się w poszukiwaniu stworków ze szlaku Śląskie Godki. I tu natrafiliśmy na problem. Otóż stworki zniknęły… znaczy zostały chyba ukradzione. Jednego nie było wcale, drugiemu zostały tylko nóżki, na szczęście po konsultacji z lokalsami, udało się ustalić, iż na Rawą ostał się jeden stworek. Jest nim Utopek i faktycznie jeszcze w połowie maja był cały i zdrowy.

W dalszej części majówki również nie zwalnialiśmy tempa i udaliśmy się spełnić jedno z moich marzeń, czyli owce! A konkretnie wiosenny redyk w Koniakowie. Centrum Pasterskie w Koniakowie robi naprawdę dobrą robotę. Oprócz tego, że stara się zachować lokalną tradycję wypasu owiec i podtrzymać kulturę z tym, związaną, to jeszcze udostępnia to wszystko dla turystów. Na redyku oprócz obrzędów mieszania owiec były też owcze wyroby tj. oscypki czy bundz, była kwaśnica, były prelekcje i pokazy, były występy zespołów folklorystycznych. Jednak przede wszystkim było radośnie i rodzinnie.  Wracając z Koniakowa wpadliśmy też na chwilę do Szczyrku: na przełęcz Salmopolską, położoną tuż przy drodze wojewódzkiej nr 942 z Wisły do Szczyrku, i na Skrzyczne. Ekspresowo, bo wyciągiem.

Na koniec majówki wybraliśmy się w góry. Nie byliśmy całkowicie poprawnymi górołazami, bo skorzystaliśmy z dobrodziejstw techniki i na Szyndzielnię wjechaliśmy kolejką gondolową. Za to już na nogach udaliśmy się na Klimczok, a potem na Błatnią i z powrotem. Były fantastyczne widoki, gigantyczne temperatury i totalny relaks. To, co mnie zaskoczyło to duża ilość rowerów i rowerzystów i to na każdym odcinku trasy od Szyndzielni do Bielska i od Szyndzielni przez Klimczok do Błatniej. Ja wiem, że Beskid Śląski nie należy do najładniejszych i najwyższych gór w Polsce. Jednak, co góry to góry i ogromnie zazdroszczę Bielsku, że mają je tak blisko.

Dalszą część majówki spędziliśmy już bardzo relaksacyjnie na spacerach po Dolinie Trzech Stawów .

W drugiej części maja pochłonęła mnie całkowicie praca: przygotowania do dużej imprezy plenerowej i eventy z okazji Dnia Dziecka. Był dużo malowania buzi, trochę skręcania balonów, mnóstwo różnych dyscyplin sportowych, rodzinne gry, a poza tym moc uśmiechów i radości.

A i prawie bym zapomniała! W maju w Warszawie odbyły się Targi Książki. Oczywiście wróciłam z łupami. Tym razem zdobyłam: “Tu byłem. Tony Halik” autorstwa Mirosława Wlekły oraz “Góry z duszą” część 1 i 2 Moniki Witkowskiej. Kupiłam też najnowszą książkę Jamiego Oliviera “Pięć składników”.  Na koniec nabyłam też, gdyż nie mogłam się oprzeć, torbę płócienna z Tatrzańskiego Parku Narodowego całą w owce!

W maju na blogu pojawiły się dwa posty. Jeden to podsumowanie kwietnia, czyli głównie relacja z Blog Conference Poznań. Drugi zaś to pierwsze spotkanie z województwem opolskim i zamek w Mosznej.

Ufff. Maj był intensywny. Ciekawe, co przyniesie czerwiec? Odliczacie już dni do wakacji? Macie już jakieś plany? Jak Wam minął maj?


Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!
Please follow and like us:
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial

Spodobał Ci się Lememurowy Blog? Podziel się nim ze światem!