Podsumowanie miesiąca: styczeń 2018

Tak się cieszyłam, że ten nowy rok nastał, że nie zauważyłam, jak minął pierwszy miesiąc! Styczeń, styczeń i po styczniu! Kto też tak ma? Pora więc na pierwsze podsumowanie w nowym roku!

Podsumowania miesiąca zagościły na blogu w sierpniu ubiegłego roku. I od tamtego czasu świetnie się mają! Wszystkie poprzednie podsumowania możecie przeczytać wchodząc w zakładkę „Misz-masz” i „Podsumowania miesiąca”.

Po pierwsze styczeń był nieco luźniejszy niż grudzień. Luz oznaczał więcej spokoju, odpoczynku i ładowania baterii. Co akurat nie jest proste przy tak szarej, burej i ponurej pogodzie jaką mamy za oknem. Niby środek zimy, a zimy jak na lekarstwo. Dlatego też postanowiłam wybrać się na wycieczkę w poszukiwaniu zimy! A gdzie najlepiej szukać zimy? Oczywiście w górach! Konkretnie w Tatrach, a najkonkretniej w Dolinie Kościeliskiej. Jeśli chcecie dowiedzieć się czemu tam przeczytajcie tutaj!

Po drugie początek roku spędziłam w Katowicach. Odwiedziłam siedzibę Franciszkanów w Panewnikach oraz wybrałam się do Pszczyny.  U Franciszkanów najadłam się pysznych ciastek i piernika, a w Pszczynie zjadłam pizzę z kozim serem i gruszką. Do tego oczywiście zwiedziłam park, zamek i nawiedzony skansen.  Wiecie, że w Pszczynie na rynku mają pomnik gołębi? Niektóre miasta starają się „walczyć” z tymi ptakami, a inne budują im pomniki. Cóż takie czasy! O Pszczynie będziecie mogli przeczytać więcej już niedługo!

Drugi tydzień ferii, a więc trzeci tydzień stycznia spędziłam w domu. Złapało mnie jakieś dziwne choróbsko, konkretnie bakteria, która powodowała wysoką gorączkę w nocy i w zasadzie brak objawów, poza potężnym osłabieniem, w dzień. Zrobiłam kilka badań, dostałam antybiotyk i zwolnienie na tydzień. Wiecie czasami jak łapię przeziębienie to biorę coś przeciwgrypowego i witaminę C i w zasadzie mogę normalnie funkcjonować. Ale tutaj nie było rady – cały tydzień przeleżałam uziemiona w łóżku. Co akurat nie było takie złe, gdyż jak zaczynało mi się poprawiać to mogłam oglądać telewizję i nadrabiać zaległości książkowe. Jednakże hitem okazał się domowy rosół na prawdziwej kurze – wiecie takiej „z pod lady” na targu od „baby ze wsi”. Naprawdę jestem zachwycona, że mieszkam w miejscu gdzie istnieje targ! Ale nie taki w stylu Hali Gwardii czy Koszyków, tylko taki, na który przybywają okoliczni rolnicy i dobni sprzedawcy cukierków, mięsa, ryb, serów i chleba. Do tego wciąż przyjeżdżają wozy z węglem!

Jedną z książek, którą nadrabiałam podczas choroby była Magia słów. Jak pisać teksty, które porwą tłumy autorstwa Joanny Wyrczy-Bekier. Był to jeden z moich gwiazdkowych prezentów. Umieściłam jej zdjęcie na instagramie i wiele osób prosiło o recenzję. To co za chwilkę napiszę nie będzie może super rozbudowaną recenzją, ale kilkoma słowami na temat. Otóż odkąd zaczęłam blogować również zaczęłam szkolić się w temacie pisania tekstów. Książką, która wpadła mi ręce była m. in. Biblia copywrittingu Dariusza Puzyrkiewicza. I chociaż ta książka zawiera dużą ilość informacji, jej styl mnie rozczarował. Nie wiem czy język, którym jest napisana jest dla mnie za trudny czy może autor chciał przekazać zbyt dużą ilość informacji, jak na tak małą ilość stron. W każdym razie książki nie skończyłam. W zasadzie nie dobrnęłam nawet do połowy. Dlatego też do Magii słów podchodziłam z rezerwą. Ot, kolejny poradnik. Jednak się myliłam. Książka napisana jest przyjaznym, łatwym do przyswojenia językiem. Do tego posiada wiele graficznych bajerów ułatwiających czytanie i zapamiętywanie najważniejszych fragmentów – podkreślenia, pogrubienia, wypunktowania. Nie zawiera zbędnych słów i zdań. Czyta się ją łatwo i przyjemnie, w zasadzie połowę można pochłonąć jednym tchem. Chociaż ja robiłam wiele przystanków i zastanawiałam się, jak ja piszę, jak tworzę zdania. Była to też lekcja gramatyki, a z tym mam problem. W podstawówce zajęcia ze zdań podrzędnie i nadrzędnie złożonych nie należały do moich ulubionych i w zasadzie nic z nich nie wyniosłam. Za to ta książka w 15 minut nauczyła mnie więcej o języku polskim i gramatyce niż cała szkoła podstawowa, gdzie trzeba było pisać wypracowania na odpowiednią liczbę stron, nie przejmując się zbytnio treścią i formą. Rady i przytaczane reguły poparte są konkretnymi przykładami „z życia” i z klasyki literatury: od Ian Fleming, przez Agathy Christie po Ernesta Hemingway’a. Generalnie pokazuje jak pisać, by zainteresować czytelnika i jak pisać, gdy z pisaniem jesteśmy nieco na bakier. Z jednej strony autorka obnaża bezlitośnie nasze codzienne potknięcia i braki językowe. Z drugiej uczy jak je skorygować.  I chociaż zgadzam się z większością rad autorki to jednak nie wiem czy Sienkiewicz albo Ian Fleming stosowali te reguły czy raczej oparli swoją twórczość na nieco większej spontaniczności. Krótko mówiąc książka ta pokazuje, że stosując kilka prostych reguł możemy z matoła stać się pisarzem. Chociaż oczywiście są wyjątki.

Będąc chorą miałam niewiele sił i niewiele chęci na cokolwiek. Oprócz spania i czytania moją rozrywką było też oglądanie telewizji i gdy tak sobie skakałam bezmyślnie po kanałach trafiłam na polski serial kryminalny. A do tego nagrany w Polsce – w Łodzi. Ultraviolet to serial opowiadający o Aleksandrze Serafin, którą „los” zmusił do powrotu z Londynu do Łodzi. W pierwszym odcinku dowiadujemy się nieco na temat jej przeszłości , przy okazji jest ona świadkiem wypadku, a jak się później okazuje morderstwa, które z pomocą znajomych z sieci próbuje rozwiązać. Nie jest to łatwe, gdyż lokalna policja nie chce z nią współpracować, a jej szef ma osobiście na bakier z Serafin. Generalnie akcja wciąga. Są pewne absurdalne momenty, jak ciągłe rozmowy głównej bohaterki ze znajomymi „z sieci” poprzez video-konferencję. Aha, znajomi z sieci skupieni są w jednej społeczności, która rozwiązuje różne zagadki, jak się później okazuje głównie kryminalne i głównie w Łodzi. Generalnie serial ma klimat i pomimo kilku niedociągnięć da się go oglądać.

W styczniu wróciłam też do bardziej regularnych treningów jogi. Nieco zachwianych przez okres choroby, ale generalnie systematyczność powróciła. I mam kilka spostrzeżeń: nowa mata sprawdza się świetnie! Jest mięciutka i wygodna. Tylko jedna uwaga: przed ćwiczeniami nie używajcie balsamów i kremów do rąk, bo w utrzymaniu równowagi nie pomogą ani wyrobione mięśnie (których akurat ja nie mam) ani najbardziej fantastyczna mata na świecie.

Każdy lubi coś wygrywać. Nawet drobne rzeczy. Ja też. A jeśli mogę wygrać przy okazji pokazując swoją wiedzę to tym bardziej jestem zadowolona. W styczniu Narodowej Centrum Kultury ogłosiło kilka konkursów, w których do wygrania były książki i kalendarze na 2018 rok. Co prawda kalendarz już mam, ale konkurs to konkurs! Trzeba było odpowiedzieć na kilka pytań m. in. gdzie i pod jakim hasłem odbywała się zeszłoroczna Giełda Pomysłów – była to Gdynia, a hasło to „Animacja i woda”. Zapamiętałam to, gdyż Gdynia fascynuje mnie od dłuższego czasu. Do tego spotkanie pt. Giełda Pomysłów to Świenty sposób na poznanie nowych osób, inicjatyw i wydarzeń.  Więcej o projekcie przeczytacie tutaj. A o Gdyni tu.

Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!
  • No to bogaty miałaś miesiąc. Ach Panewniki, stajenki są tam piekne. Muszę w przyszłym roku się znów wybrać i zabrać męża w to miejsce 🙂
    iiiii życzę dużo zdrówka, mniej chorowania.

    • Asia/ LemurPodróżnik

      Koniecznie! I wpadnijcie do kawiarenki na pierniki i gorącą herbatę:)