Posumowanie miesiąca: wrzesień 2018

Już październik, a to oznacza, że najwyższy czas podsumować wrzesień. W drugiej połowie roku mocno przyspieszyłam z wyjazdami więc trochę tego jest.

#Podróże

Pierwszy weekend września był jednocześnie ostatnimi dniami wakacji. Spędziłam go nad Morzem Bałtyckim, a konkretnie w Łebie na Festiwalu Latawców. Jest to impreza o charakterze międzynarodowym. Co roku na jeden weekend do Łeby, gdzie wiatry są ponoć najlepsze, przybywają miłośnicy latawców z całego świata. Były więc japońskie karpie, amerykańskie Angry Birdsy, estońskie serce, a także latające syrenki, koty, słoneczniki, ośmiornice, smoki i wiele, wiele innych. Festiwal, oprócz widowiska dla wczasowiczów, jest przede wszystkim konkursem. Latawce ocenia się w różnych kategoriach: zarówno pod względem wyglądu, jak i ich zachowania na wietrze. Co ciekawe latawce są ręcznie wykonane.

Uwielbiam wracać do Łeby. Kojarzy mi się z miłymi chwilami z dzieciństwa, chociaż dzisiejsza Łeba w niczym nie przypomina tej z przed lat. Dzisiaj jest to prężne działające wakacyjne miasto, a nie mała rybacka osada. Hoteli i barów działających tylko sezonowo jest tu więcej niż mew na plaży. Nie mniej lubię to miejsce. Jednak jeśli już tu przyjechać to zdecydowanie w końcówce sezonu, gdy jest tu ciszej i spokojniej.

Jako, że uwielbiam równowagę, w środku września wybrałam się w góry. Konkretnie do Zakopanego, a więc w Tatry. Trasa nie była zbyt ambitna. Plany zależały od pogody, a prognozy pogody nie były zbyt optymistyczne. Nadal nie mogę uwierzyć, że na Kasprowym spadł śnieg! Szczególnie patrząc teraz za okno, na piękną polską złotą jesień. W Tatrach miałam przekrój wszystkich pór roku: od upalnego lata, przez deszczową wiosnę i jesień, po mroźną zimę.

Pierwszego dnia wybrałam się od Morskiego Oka przez Szpiglasową Przełęcz do Doliny Pięciu Stawów. Drugiego dnia, z powodu fatalnych warunków pogodowych, odpuściłam atakowanie szczytów i zostałam na „nizinach”. Wybrałam się w rajd po zakopiańskich uliczkach i muzeach. Wstyd się przyznać, ale tyle razy byłam w Zakopanym, a jego instytucji kultury nie znałam w ogóle. Dzięki temu odkryłam Muzeum Oscypka, gdzie własnoręcznie można wykonać redykołkę, a następnie ją zjeść. Cały proces odbywa się, prawie, od podstaw – pominięty jest etap dojenia owiec, gdyż mleko jest krowie, ale dalsze etapy przebiegają już według tradycji: podgrzewanie mleka na palenisku, dodawanie bakterii, parzenie i formowanie serków. Do tego miejsca trafiłam całkowicie przez przypadek, a co więcej okazało się, że: po pierwsze jest otwarte od miesiąca, a po drugie pokazy odbywają się 3 razy dziennie, więc udało się idealnie wpasować. Niestety przez kolejne dni pogoda też nie była najlepsza. Było coraz zimniej, a na górze spadł pierwszy śnieg. Trzeciego dnia wybrałam się na Kasprowy, a stamtąd moją ulubioną trasą przez Czerwone Wierchy do schroniska na Ornaku i Doliną Kościeliską do Zakopanego. Na szczycie wiał wiatr i leżało nieco śniegu, ale ogólnie trasa nie sprawiała trudności. Czwartego i piątego dnia zdradziłam nieco Polskę i wybrałam się na Słowacę: raz do Słowackiego Raju, drugi raz na Ścieżkę w Koronach Drzew.

Będąc w Zakopanym mam zawsze problem z jedzeniem. Pomijam oczywiście dzikie tłumy ludzi we wszystkich knajpach. Po prostu nie wiem gdzie mam iść. Zazwyczaj więc ląduje na sprawdzonym pstrągu, ale ileż razy można jeść to samo? Macie jakieś sprawdzone miejscówki?

Lubię odwiedzać muzea, szczególnie jeśli proponowana wystawa trafia tematem w moje zainteresowania i upodobania. Tak się stało z krakowskim MOCAK’iem, chociaż za nim nie przepadam. Jedne muzea lubię bardziej, inne mniej. Muzea i centra sztuki nowoczesnej czy współczesnej nie należą do moich ulubionych. Jednak MOCAK zaproponował wystawę, która mnie zaintrygowała. Był to artystyczny namysł i nowe spojrzenie na ojczyznę. Wystawa nosiła tytuł „Ojczyzna w sztuce” i prezentowana była mniej więcej przez pół roku. Dzień w dzień, nie licząc niektórych dni świątecznych. Jednak przez te pół roku jakoś nie znalazłam czasu, by dotrzeć do Krakowa i dopiero ostatniego dnia, 30 września, udało mi się ją obejrzeć. Nie myliłam się, spodobało mi się bardzo. Na wystawie prezentowane były różne spojrzenia, różni artyści i różne techniki wykonania poszczególnych dzieł: była fotografia, film, kolaż, obraz, performance. Kilka dzieł i ich przesłanie szczególnie utkwiło mi w pamięci: np. las z zielonych, chińskich ręczników mający symbolizować walkę o wpływy między Chinami i Rosją na Syberii. Spodobało mi się również zestawienie białych szparagów z opakowaniami po czekoladkach firmy Kinder – wiecie, te z dziećmi na okładce. Interesującym zabiegiem pokazującym zacieranie się granic była też praca polskiej artystki, która papierową mapę Europy wyszyła kolorowymi nitkami. Ogromny plusem był fakt, że wystawa prezentowała różne punkty widzenia i, chociaż oczywiście Polski było najwięcej, były też prace dotyczące innych „ojczyzn”: Rosji, USA, Włoch czy Holandii. A także prace o charakterze zupełnie międzynarodowym.

#Książka

Jak wiecie w sierpniu totalnie spadło moje czytelnictwo. Nie przeczytałam ani jednej strony, dlatego postanowiłam nadrobić to we wrześniu. Tym razem trafiło na „Wołanie w górach” Michała Jagiełły. Jest to książka, która nie porwała mnie od pierwszych słów. Napisana jest nieco podniosłym i patetycznym językiem, chociaż autor bardzo stara się nie przesadzić. Ma jednak trudne zadanie, bo temat, który wybrał dotyczy go niejako osobiście. Otóż „Wołanie” jest książką traktującą o początkach Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowania Ratunkowego. Opisuje pierwsze udokumentowane tatrzańskie wypadki, opowiada o pierwszych akcjach ratowniczych, pokazuje kulisy tworzenia się podwalin pod TOPR, i bezpośrednie przyczyny jego powstania. Na podstawie licznych przykładów wypadków w różnych rejonach Tatr: od Giewontu, przez Czerwone Wierchy po Świnicę, Zawrat, Orlą Perć i Rysy, ukazuje jak zmieniało się podejście ratowników: ich wykształcenie, sprzęt oraz podejście do sprawy. Autor sam był nie tylko ratownikiem, a i Naczelnikiem TOPRu.

#Blog

We wrześniu na blogu pojawiły się dwa nowe wpisy. Pierwszy był z serii Przerwa w podróży i dotyczył podsumowania sierpnia, czyli całego wakacyjnego wyjazdu na Dolny Śląsk. Drugi zaś dotyczył Karkonoszy, i pośrednio, mojego pierwszego górskiego wyjazdu. Dzięki temu mam ogromny sentyment do opisanego tu szlaku i samych Karkonoszy. We wpisie udowadniam wam, że Karkonosze są górami dla każdego, na każdą porę dnia i roku oraz na każdą kieszeń. Poza tym na Dolnym Śląsku odkryłam, że Tatry to nie jedyne góry w Polsce i nie warto się ograniczać.


Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!
Please follow and like us:
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial

Spodobał Ci się Lememurowy Blog? Podziel się nim ze światem!